Księgarnia Forum Księgarni Gandalf
Książki i nie tylko
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Zemia była jałowa
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum Księgarni Gandalf Strona Główna -> Wasza twórczość
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
joan_stark




Dołączył: 01 Cze 2010
Posty: 177
Skąd: Mysłowice

PostWysłany: Czw Cze 24, 2010 13:52    Temat postu: Zemia była jałowa Odpowiedz z cytatem

Ziemia była jałowa.
Gdyby jakikolwiek człowiek zechciał znaleźć się na jej powierzchni, w kilka sekund po wyjściu na słońce spłonąłby doszczętnie. Nie miałby nawet czasu poczuć, jak żar spala jego skórę na popiół, jak od wszechobecnych toksyn wypalają się i wysuszają jego wnętrzności. Gałki oczne zapadają się wgłąb ciała, usta zostają wchłonięte. Inne objawy nie mają nawet szans na pokazanie swej niszczącej mocy, bo po kilku sekundach ciało wręcz wyparowuje. Nawet w nowoczesnych ochronnych kapsułach można przeżyć na powierzchni jedynie do kilku godzin. Bywało, że śmiałkowie (którymi przeważnie okazywali się skazańcy lub bezdomni, nie mający nic do stracenia) wylatywali na powierzchnię na dłuższy czas. I chociaż zdarzały się, choć rzadko, powroty, to ludzie którzy opuścili podziemia, nigdy już nie opuścili wojskowego szpitala. Choroba popromienna niszczyła ich powoli od środka, pomimo odkrycia leku na raka, atak tego zmutowanego nowotworu nie dawał szans na wyleczenie. Pomimo całego cierpienia, ludzie ci przeważnie zdawali się patrzeć w dal swoimi wypalonymi oczyma, bez jęku, bez krzyku, który byłby zrozumiały u ludzi w ich stanie.
Jedno było pewne – że zobaczyli na powierzchni COŚ, co teraz kazało im milczeć, coś tak strasznego, że nieraz ciężko poparzeni sięgali po poduszkę i dusili siebie nawzajem. Niektórzy podczas śmiertelnej agonii przywoływali do siebie bliskich i zaklinali ich, aby nigdy nie odważyli się wyjść na powierzchnię, ponieważ TO ich tam nie chce. Żaden nie odpowiadał na pytania czym jest "to", czy to widział itd. Umierali zaraz po wypowiedzeniu ostrzeżenia, w ciszy i smutku najbliższych.
W podziemnym świecie, do którego musiała zejść ludzkość w 2140 roku, po serii wybuchów bomb wodorowych (jeżeli można mówić o serii, to był pieprzony megawybuch obejmujący wszystkie kontynenty globu), ludzie bali się TEGO. Bali się "rzeczy", która niewątpliwie istniała gdzieś tam, na lądzie. Teraz cała ziemia pokryta została twardą, radioaktywną skorupą, ale widocznie COŚ potrafiło tam przeżyć. COŚ, o czym wszyscy wiedzieli, ale bali się mówić. Bo skąd się wzięło, skąd przyszło? Czemu atakuje wszystkie statki kosmiczne, które ludzie próbują wysyłać w wszechświat, aby znaleźć nową Ziemię, nową planetę matkę, którą obiecują szanować? Czemu TO niszczy stacje badawcze umieszczone na powierzchni, wypełnione robotami badającymi , co zostało z niegdyś zielonej planety? Takie pytania zadaje sobie każdy szary obywatel, a tym bardziej zadaje je sobie Gordon Mills, szef Ministerstwa Obrony Nowego Świata. Gordon, którego ojciec zobaczył TO, podczas jednej z misji zwiadowczych nad dawnym kanałem La Manche (który obecnie niczym się nie różnił np. od Sahary – jedno wielkie nic). To on siedział przy ojcu gdy wypadały mu garściami włosy, gdy skóra złaziła płatami z napromieniowanego ciała. To on, i tylko on usłyszał jedno jedyne zdanie, wypowiedziane szeptem, tuż po ostrzeżeniu wypowiadanym przez każdego umierającego, który spotkał się z TYM. To jedno zdanie zmieniło całe jego późniejsze życie.

- Ministrze!
Gordon, siedząc w swoim biurze nad raportami z kolejnych nieudanych misji, podniósł wolno głowę. Miał podkrążone oczy i wygniecioną koszulę. Krawata w ogóle nie nosił, tak jak kamizelki i marynarki – uważał, że za bardzo krępują jego ruchy. I trudno mu się dziwić. Miał nielichy problem ze znalezieniem na siebie odpowiednich rozmiarów w jedynej fabryce ubrań na Nowej Ziemi – 198cm wzrostu i 100kg wagi to duży kawał człowieka. Chociaż był ministrem, tak jak inni dostawał comiesięczny przydział na ubrania, jedzenie i inne środki potrzebne do życia. Alkoholu i papierosów nie produkowano wcale, tak jak innych szkodliwych produktów. Sama zdrowa żywność.
- Tak Quincey? – zapytał stojącego w drzwiach zastępcę – coś pilnego?
Zastępca podszedł do biurka i położył na stole stos dokumentów do podpisania, potrzebnych do kolejnej ekspedycji.
- To dla pana. Do podpisania – dodał, jakby Gordon tego nie wiedział.
- Kogo mamy do misji? – spytał, a sądząc po wyrazie twarzy zastępcy wiedział, że odpowiedź mu się nie spodoba – No, wyrzuć to z siebie, nie mogę zmarnować tu całego dnia.
- No więc… pana siostrę, ministrze. – wyjąkał Quincey, czerwony na twarzy. Wiedział, że jego szef kategorycznie zabronił swojej siostrze udziału w jakichkolwiek ekspedycjach, nawet tych całkowicie bezpiecznych, w tunelach wydrążonych tuż nad ziemią, oddzielonych od powierzchni grubą warstwą pancernego szkła, wyprodukowanego z tworzyw najnowszej generacji Po części zgadzał się z ministrem (sam miał młodszą siostrę), ale twierdził, że jak dziewczyna jest dorosła, to brat nie ma co się wtykać do jej życia. Oczywiście tego Gordonowi nie powiedział, bo znał go aż nazbyt dobrze i jego wybuchy gniewu nie były mu obce.
Mills jednak tym razem zaskoczył swojego podwładnego i przyjął informację ze spokojem, chociaż zacisnął dłonie w pięści.
- Tak, wiem. Kogo jeszcze?
Quincey był bardzo ciekaw, czemu szef nie nawymyślał w tej chwili na swoją siostrę i nie wybiegł z gabinetu trzaskając drzwiami, zostawiając go tu z papierami walającymi się po całym gabinecie, ale nie dał tego po sobie poznać. Szef nie lubił ciekawskich.
- Ola Mindhaus, zgłosił się pół roku temu do pułku ochrony stacji badawczych, oraz Thomas Hawk, z gwardii obrony ludzkości.
- Dobrze. – Gordon bez słowa podpisał papiery i oddał je zastępcy. – Teraz wyjdź i pilnuj aby mi nie przeszkadzano przez następną godzinę, dobrze?
Gdy za wychodzącym Quinceyem zamknęły się drzwi, Gordon opadł na oparcie fotela. Wiedział, że w końcu ta uparta dziewucha postawi na swoim. Zawsze dążyła do celu i nic nie mogło jej powstrzymać, więc wiedział, że w końcu i to się jej uda. Od kiedy ich ojciec zmarł po nieudanej misji zwiadowczej, a matka niedługo po nim na atak serca, tylko on opiekował się swoją młodszą siostrą, Charlie. Miał wtedy 25 lat, ona 17, była jego jedyną rodziną i oczywiście bardzo ją kochał, ale nieraz dawała mu do zrozumienia, że nie chce jego opieki. Gdy skończyła 18 lat udawało mu się jeszcze poskromić jej ambicje, odwoływać ekspedycje, w których miała brać udział i w ostatnim momencie zmieniać załogę i wykreślać z niej siostrę. Jednak teraz nie było już na to sposobu – dostał prywatny list od prezydenta, gdzie proszono go, w bardzo miłych i uprzejmych słowach, o nie wpieprzanie się tam, gdzie go nie chcą. Oczywiście, pod groźbą zwolnienia.
Duży wpływ na taką decyzję prezydenta miał oczywiście fakt, iż jego siostra była jednym z najlepszych pilotów w Nowym Świecie. Zaczęła się uczyć w wieku lat 10, razem z ojcem ćwicząc na symulatorach. W wieku 18 lat zdążyła zaliczyć szkołę wojskową, kurs pilotażu najwyższego stopnia oraz wszystkie inne kursy potrzebne do odbywania misji.
A jej brat, Minister Obrony Nowego Świata, nie chciał jej wypuścić spod swoich skrzydeł.
No cóż, teraz miał związane ręce. Musiał jej na to pozwolić, jednak nie miał zamiaru pozwolić lecieć jej samej. Uśmiechnął się do siebie i napisał podanie o przyjęcie go do załogi kapsuły L458 – załogi, do której już należała Charlie.
- Co ty sobie wyobrażasz?!
Gordon stał w swoim gabinecie, odwrócony tyłem do drzwi. Patrzył przez okno na szare budynki, oświetlone sztucznym światłem imitującym dawne słońce. Sam nie widział nigdy słońca o którym obecnie można przeczytać tylko w dawnych książkach. Słońce, które daje światło, które przyjemnie ogrzewa twarz… i wiatr, prawdziwy, nie sztucznie tworzony w podziemnych miastach…
Jego rozmyślania zakłócił kolejny wybuch złości.
- Nie chcę, żebyś mnie kontrolował! Nie zgadzam się, żebyś leciał ze mną!
Odwrócił się i zobaczył Charlie. Była zła jak osa, ale nie zrobiła na nim większego wrażenia – widział ją w podobnym stanie już nie raz, bo nie raz do takiego stanu ją doprowadzał. Nie było jego winą, że dziewczyna wiele razy narażała się na niebezpieczeństwo i pewną śmierć. Musiał jej pomagać, aby nie stało jej się nic złego. Oczywiście z jej strony wyglądało to zapewne zupełnie inaczej, ale jego to nie obchodziło.
- Nie zamierzam Cię kontrolować, Charlie. Po prostu sam zmieniłem zdanie i postanowiłem w końcu się stąd ruszyć. – starał się mówić wolno i spokojnie, żeby jeszcze bardziej jej nie rozzłościć, bo w skrajnych przypadkach jego siostra naprawdę potrafiła być nieprzyjemna.
- Nie wierzę Ci! – jej wargi zaczęły drżeć, a w oczach pojawiły się łzy złości – chcesz mnie kontrolować, znowu to robisz. Tata na pewno by tego nie robił.
Twarz mu stężała, a Charlie uśmiechnęła się krzywo. Wiedziała, że Gordon nienawidzi wzmianek o ojcu, ale nie wiedziała dlaczego. Zresztą, postanowiła nie drążyć tego tematu. Osiągnęła to, czego chciała – wbiła szpilę starszemu bratu, tak samo, jak on jej, swoim zgłoszeniem do misji.
- Nie chcę, żebyś leciał ze mną. Odwołaj swoją kandydaturę.
- Nie – powiedział twardo. Wiedziała, że teraz już nic go nie powstrzyma od wylotu, bo nigdy nie rezygnował ze swoich planów. W tym rodzeństwo było do siebie bardzo podobne.
- Więc do zobaczenia na pokładzie. – powiedziała Charlie patrząc prosto w oczy bratu – Do tego czasu nie podchodź do mnie, bo jestem gotowa ci wydrapać oczy. Do widzenia.
Wyszła, trzaskając drzwiami, a Gordon wrócił do obserwowania sztucznego słońca w sztucznym świecie, w którym przyszło mu żyć.

Wchodząc na pokład specjalnie przygotowanej kapsuły, Gordon miał mieszane uczucia. Siostra zachowywała się, jakby w ogóle go nie znała. Ola był mrukiem z natury – na pytania odpowiadał szeroką gamą chrząknięć i burknięć, którymi skutecznie odstraszał rozmówców. Thomas był zdecydowanie po stronie Charlie i uważał Millsa za nadgorliwca ograniczającego rodzoną siostrę. Nie okazywał tego otwarcie – był dowodzącym II pułku obrony ludzkości, przez co podlegał bezpośrednio ministerstwu obrony, czyli Gordonowi. Okazywał mu należny szacunek, lecz jego wzrok mówił jednoznacznie, co o nim myśli.
Hangar, w którym stała kapsuła był położony daleko za murami miasta – musieli tam dolecieć transportowcami, razem z całym sprzętem badawczym, wodą i jedzeniem, ubraniami, środkami czystości i oczywiście bronią – laserami, pociskami wysokiego kalibru, a także różnego rodzaju bombami. Musieli być gotowi na każdą okoliczność, chociaż wyruszali tylko na kilka dni i nie mieli zamiaru znacząco się oddalać.
Już na miejscu przeszli przez szereg badań, do porównania z badaniami którym zostaną poddani po wyprawie. Wszyscy uczestnicy są monitorowani miesiąc przed i trzy miesiące po wyprawie, na wypadek choroby spowodowanej przez środowisko zewnętrzne. We wczesnym stadium można jeszcze próbować człowieka uratować, w późniejszym – nie ma już na to szans. Po badaniach zostali przebrani w specjalne kombinezony z modyfikowanej genetycznie wełny, odpornej na zniszczenia. Na to nałożono następną warstwę z giętkiego plastiku z cienką siatką ołowiu wewnątrz, chroniącą przed promieniowaniem. Nowy system kombinezonów chroniących przed wrogim środowiskiem był bardzo wygodny w porównaniu ze starszym zabezpieczeniem, które chociaż było lekkie i komfortowe, nie przylegało tak ściśle do ciała. Obecny kombinezon niczym nie różnił się od koszuli i wygodnych dżinsów – w końcu ludzie spędzający czas poza bezpiecznym podziemiem byli zbyt cenni, aby tracić ich przez złe samopoczucie z powodu niedogodnego ubioru. Następnie wyposażono ich w podstawowe narzędzia potrzebne każdemu w kapsule: przenośną latarkę, nóż z hartowanej stali, broń laserową oraz najnowszy radiotelefon, działający na odległość nawet kilkudziesięciu kilometrów.
Będąc już w zamkniętej hermetycznie kapsule, następuje sprawdzenie wszystkich mechanizmów: silników, w tym zapasowych, wszystkich instrumentów pokładowych, a także zapasów tlenu. Kiedyś próbowano zamontować wentylatory i oddzielić tlen od tego, co w dawnych czasach nazywane było powietrzem, jednak wysiłki spełzły na niczym – okazało się, że żadnego tlenu na powierzchni już nie ma. Podziemne miasta od lat posiadały wytwórnie syntetycznego tlenu i nim także posługiwały się ekipy zwiadowcze.
Po sprawdzeniu wszystkiego, kapsuła została umieszczona w specjalnym tunelu, który prowadził poza obręb Nowego Świata. Wystarczyło uruchomić silniki i wzbić się w powietrze.
Charlie spojrzała na Gordona, Olę, Thomasa. Patrzyła na nich i mówiła powoli i spokojnie.
- Nie wrócimy z pustymi rękami. Musimy być twardzi i dać z siebie wszystko, aby nasz rząd był z nas dumny. Nie chcę, abyśmy wrócili jak inne ekipy, bez niczego godnego uwagi, bez żadnego przełomowego odkrycia. Teraz nie ma już czasu na obijanie się. Pracujemy w grupie, - tu spojrzała na Olę, który już chciał czmychnąć do pracowni - bez przywódców – tu spojrzała na Gordona – i bez wzajemnej niechęci – posłała wymowne spojrzenie Thomasowi, który wzruszył lekko ramionami. – Chcę pełnego zaufania, a nasze wzajemne problemy zostawimy do rozwiązania po powrocie. Zgadzacie się ze mną?
Chórem potwierdzili.
- Dobrze, więc… lecimy.
Poderwała maszynę w górę. Lecieli tunelem ze stałą szybkością, widzieli już nad głowami otwierający się właz tunelu, a nad nim brudno pomarańczowe niebo. Znaleźli się na powierzchni po kilku minutach, ponieważ kapsuły były dosyć ciężkie i nie mogły, tak jak samoloty zwiadowcze, rozwijać znacznych prędkości.
Charlie i Gordon patrzyli po raz pierwszy na świat, na którym kiedyś żyli ludzie, który kiedyś był zielony, którego niebo było jasnoniebieskie, a wody oceanów ciemnozielone. Gdzie człowiek oddychał czystym tlenem, zwierzę piło wodę z górskiego strumienia, a ryba w nim pływała. Gdzie występowały pory roku, kataklizmy na wielką skalę i tęcza po deszczu.
Teraz nie było tu nic, oprócz spękanej, żółtej skorupy ziemi, nad którą tworzył się żółty, radioaktywny opar. Niebo było pomarańczowe, a słońce krwistoczerwone, prawdopodobnie przez zanieczyszczenia.
Bezwiednie rodzeństwo wzięło się za ręce i patrzyło. Patrzyło przed siebie, a w ich oczach widać było pustkę, ponieważ utracili ostatnią nadzieję. Nigdy do końca nie wierzyli w opowieści tych, którzy byli na zewnątrz. Zawsze tliła się w nich ta iskierka nadziei, że może nie jest aż tak źle, może naprawdę gdzieś tam jest zielono i niebiesko, a wszyscy przesadzają. Teraz przekonali się na własne oczy, że jest jeszcze gorzej, że na powierzchni nie ma nic.
Spojrzeli sobie w oczy i zobaczyli w nich coś, co popchnęło ich do popełnienia tego czynu. Według prawa Nowego Świata każde samowolne oddalenie się jednostki od bazy jest przestępstwem i karane jest dożywotnim więzieniem, ale teraz nie myśleli o konsekwencjach. Jeżeli świat tak wygląda, nie ma sensu w nim tkwić, a może przyczynią się do czegoś większego?
Tuż przed wyprawą Gordon odbył z Charlie krótką rozmowę, w której podzielił się z nią tylko sobie znanym wspomnieniem. Powtórzył jej ostatnie zdanie ojca, które ten wyszeptał z uśmiechem na ustach.
„Gordon, niech Bóg mi wybaczy… to było tak piękne!”
Jednostka badawcza, której załoga składa się z czterech osób, trzech mężczyzn oraz jednej kobiety nie ma szans na jakiekolwiek spektakularne osiągnięcia. Mogą poruszać się po wyznaczonym terenie, badać glebę i powietrze, sprawdzać skład i spisywać wyniki, mając nadzieję na cud. Jednak ta załoga nie była standardowa – co najmniej dwie osoby były zbyt ambitne, żeby wrócić z kolejnymi tabelami i wykresami przedstawiającymi, jak bardzo prymitywne jest środowisko zewnętrzne. Dlatego postanowili zapędzić się dalej, wylecieć poza bezpieczny obszar i postawić wszystko na jedną kartę. Na razie nie zastanawiali się nad reakcją towarzyszy. Wiedzieli, że Thomasa da się przekonać, w końcu wiele już przeżył, nikogo nie miał w Nowym Świecie, a do bojaźliwych nie należał. Ola natomiast od razu po opuszczeniu tunelu udał się do pracowni aby przygotować niezbędne do badań przyrządy.
Rodzeństwo postanowiło przekonać się na własne oczy czym jest TO, o czym mówił ich ojciec tuż przed śmiercią. Zastanawiali się czy może istnieć tu coś, co z jednej strony przerażało, a z drugiej fascynowało ich opiekuna.
Charlie postanowiła przeciąć sieć szlaków, prowadzących do obszarów jeszcze nie badanych i skierować się od razu na północ, najkrótszą drogą poza pas bezpieczeństwa. Nie chciała tracić czasu i tlenu na bezsensowne krążenie blisko podziemnego miasta. Ustawiła autopilota i odeszła od sterów.
Już po 10 minutach odezwała się centrala.
- Załoga L458, zgłoście się, macie nieprawidłowy kurs, powtarzam, nieprawidłowy kurs. Ustawcie autopilota na plan 1, zostaniecie naprowadzeni na wasz teren. Jeżeli tego nie zrobicie grozi wam niebezpieczeństwo, powtarzam, niebezpieczeństwo!
Rodzeństwo spojrzało po sobie. Charlie zajęta była gromadzeniem wszelkiej broni znajdującej się na statku, także tej zapasowej, a Gordon sprawdzał mapy stworzone przez śmiałków, którzy wylecieli poza pas. Nie było tego zbyt wiele, niewielu osobom udało się cokolwiek spisać z odbytych wypraw, ale kilka obszarów było opisanych w miarę dokładnie (przede wszystkim dlatego, że niewiele na tych obszarach było). Charlie podeszła do odbiornika, nacisnęła guzik nadawania.
- Pieprzę to, że grozi nam niebezpieczeństwo, powtarzam, pieprzę to!
Po czym wyłączyła odbiornik. Gordon nie był zdziwiony jej zachowaniem. Jego siostra nigdy nie lubiła, gdy ktoś jej przeszkadzał w wykonywanych czynnościach, a tym bardziej nienawidziła sposobu wygłaszania komunikatów przez centralę. „Wiecznie powtarzają i powtarzają, jakby wystarczająco wyraźnie nie mówili za pierwszym razem” – zwykła mówić, gdy wychodziła z symulatora, w którym komunikaty centrali były nadawane z taśmy, jednak takim samym wkurzającym tonem, jak w oryginale.
Przez następne pół godziny nie działo się nic nadzwyczajnego – przelatywali nad pustkowiem, czasami tylko mijając różne opuszczone stacje badawcze. W tym czasie Charlie odbyła krótką rozmowę z Thomasem, w trakcie której miała wyjaśnić mu cały plan. Sądząc po tym jak szybko wrócili do głównego pomieszczenia kapsuły, nie było żadnych problemów z przekonaniem członka załogi. Gordon tymczasem postanowił wziąć na swoje barki rozmowę z Olą, który nadal siedział w pracowni.
Wchodząc do pomieszczenia Gordon cicho zapukał w drzwi. Nie chciał przestraszyć Oli, który pochłonięty pracą był głuchy na wszystko i wszystkich.
- Witaj Ola. Możemy chwilę porozmawiać?
Ola odwrócił się. Odpowiedział jednym ze swoich chrząknięć i kiwnął przyzwalająco głową. Gordon wszedł dalej i usiadł tuż obok podświetlanego stołu do badania próbek gleby. Dalej nazywali tą twardą skorupę ziemi glebą, nie wiedzieć czemu.
Gordon postanowił zrobić to szybko i nie owijać w bawełnę.
- Widzisz Ola, mamy pewien plan… ale nie wiemy, czy będziesz chciał w nim uczestniczyć. Chcemy wylecieć poza bezpieczny pas i zbadać to, co jest dalej. Wiem, że to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie, ale sam przyznaj – tu nie znajdziemy nic godnego uwagi, a Twoje próbówki tylko się zmarnują. Tam będziemy mieli szansę na coś więcej, jednak sam wiesz, że możemy nie wrócić… tak jak inni.
Ola patrzył na rozmówcę, a wyraz jego twarzy zmieniał się wraz z rozwojem monologu Gordona. Gdy minister zamilkł, czwarty członek załogi wydawał się być bardzo ożywiony. Gordon był pewien, że nigdy nie widział zazwyczaj spokojnego i milczącego Oli w takim stanie.
- No, wreszcie! Wreszcie ktoś się przeciwstawił tym idiotom z rządu! Znaczy, ee… przepraszam ministrze – zreflektował się. Uśmiechnął się szeroko i w dwóch skokach znalazł się przy Gordonie. Uścisnął mu rękę i mocno potrząsnął. – Jestem zaszczycony, że mogę uczestniczyć w tej wyprawie. Nie mogłem przeżyć, że na ważne wyprawy poza pas byli wysyłani więźniowie czy bezdomni. Jak oni mieli zbierać próbki, jeżeli się na tym w ogóle nie znają? Tym bardziej, że przeważnie byli zwykłymi tchórzami, którzy nie chcieli zapuszczać się bardzo daleko za pas…
Gordon postanowił przerwać Oli, póki ten całkiem się nie rozkręci.
- Ja też jestem zaszczycony, że będziesz uczestniczył z nami w tej wyprawie. Gdybyś zmienił zdanie w ciągu najbliższych dwudziestu minut, zdążymy cię jeszcze podrzucić do którejś z baz na pograniczu…
-Nie! – W oczach Oli było zdecydowanie – Nigdy bym sobie nie wybaczył zmarnowania takiej szansy.
- Dobrze, więc teraz nie będę ci przeszkadzał. Przekażę Ci wiadomość, gdy będziemy tuż przed pasem.
Gordon wyszedł, zostawiając Olę samego. Postanowił przeszukać magazyny w poszukiwaniu większej ilości broni – chciał być przygotowany na wszystko.



Po upływie godziny wszyscy spotkali się w głównym pomieszczeniu kapsuły, aby się naradzić. Zaczęła Charlie.
- Wszyscy zgodziliśmy się co do jednego – że nasz rząd niedostatecznie interesuje się obszarem poza pasem bezpieczeństwa. Przez ostatnią godzinę przeglądałam spis ekspedycji poza pas i zauważyłam mnóstwo rażących błędów: wysyłanie tylko niedoświadczonych osób, bez żadnej broni, na krótki okres czasu. Załogi były według mnie mało liczne, największa składała się z dwóch osób.
- Z dwóch tchórzy, chciałaś powiedzieć. – powiedział cicho Ola. Charlie spojrzała na niego, potem pytająco na mnie. Wzruszyłem ramionami – ją też zdziwiło zachowanie najbardziej milczącego członka załogi.
Dziewczyna kontynuowała.
- Chciałabym wylecieć jak najdalej od pasa bezpieczeństwa. Tak oczywiście, aby starczyło nam paliwa i tlenu na ewentualny powrót. Zbierzemy próbki i rozejrzymy się…
- A co z TYM? – odezwał się Thomas. Był spokojny, ale w jego oczach widać było cień obawy. – Ci, którzy wrócili ostrzegali nas o czymś przerażającym znajdującym się poza bezpiecznym obszarem. Możliwe, że tuż za pasem to COŚ będzie na nas czekać. Co wtedy?
Rodzeństwo spojrzało na siebie nawzajem.
- Zaryzykujemy – odpowiedział Gordon. Oderwał wzrok od Charlie i spojrzał najpierw na Olę, potem Thomasa. – Zaryzykujemy.



Pięć godzin po wyruszeniu z bazy, kapsuła zbliżała się do pasa.
- Dziesięć minut i przelecimy przez niego. – poinformowała Charlie resztę załogi. Siedziała teraz za sterami i wyłączyła autopilota. Miejsce obok zajął Thomas, a za nim siedział Ola. Gordon jeszcze nie zajął swojego miejsca za siostrą, układał amunicję w magazynku tuż obok.
- Gordon, bo jak szarpnie i się przewrócisz to Ci nogi połamie! – krzyknęła do niego Charlie.
Minister wrócił do głównego pomieszczenia i zajął swoje miejsce.
- Dobra… przechodzimy – powiedziała Charlie – trzymajcie się i zapnijcie wszystkie pasy.
Przyspieszyła i wlecieli w pas. Szarpnęło ich do przodu naprawdę mocno, ale zaraz wszystko ustąpiło i już byli po drugiej stronie. Pas ograniczający obszar bezpieczny był tylko słabym polem siłowym, aby zagubione jednostki wiedziały, gdzie ich podróż musi się skończyć.
- No więc dalej na północ, prawda? – spytał Thomas.
- Tak, jak najdalej na północ – odpowiedziała Charlie, włączając autopilota. Nie odeszła jednak od sterów, lecz patrzyła przez szybę na rozpościerające się przed nami pustkowie. Powoli zaczynała tracić nadzieję na jakąkolwiek zmianę, jednak ciekawa była, czym jest TO. Nie czuła strachu, jedynie ciekawość.
Ola nie czekając długo odpiął pasy i ruszył do pracowni, a Thomas do kuchni, nazwanej tak tylko dlatego, że znajdowały się w niej zapasy. Na pokładzie kapsuły nic nie można było gotować, całe pożywienie to puszki i suszone mięso.
Gordon postanowił zająć miejsce Thomasa i zapatrzył się w przestrzeń. Mijali spaloną ziemię, nad którą unosił się ciągle radioaktywny opar. Po kilkunastu minutach jednak zauważył, że opar ten zmienił nieznacznie barwę – stał się ciemniejszy, z jasnożółtego przeszedł w ciemny pomarańcz. Ukształtowanie terenu także się zmieniło. Wokół Podziemnego Miasta były same płaskie równiny, tu ziemia zaczynała falować, można było zauważyć małe pagórki.
- Coś się zmienia – zauważył. Charlie wzdrygnęła się i obróciła.
-Co?
- Zmienia się. Ziemia. – powtórzył.
- No tak. Zobaczymy, co będzie dalej. – obróciła się z powrotem i zapatrzyła w przestrzeń. Gordon postanowił już nie drążyć tematu, widocznie jego siostra nie chciała rozmawiać. Odszedł i zaczął porządkować wszystkie dostępne mapy, na których jednak nie zostały przedstawione żadne zmiany terenu, co wydało mu się ciekawe. Jeżeli ludzie tu dotarli, a dotarli na pewno – przecież Gordon z załogą byli obecnie niecałe pół godziny od bariery – to czemu nie uwzględnili tego na mapach?
Postanowił jeszcze raz przejrzeć je wszystkie w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji. Po pół godzinie dał za wygraną. Nie znalazł nic godnego uwagi na żadnej z nich.
Te rozmyślania brutalnie przerwała mu Charlie, szturchając go mocno.
- Hej, nie szarp mnie tak, co jest? – spytał, zbierając mapy i zamierzając schować je do schowka obok stołu. – Co się dzieje? – powtórzył pytanie, bo siostra nie przestawała szarpać go za ramię. W końcu obrócił się i spojrzał na Charlie. Jedną ręką dalej trzymała go za ramię, lecz teraz już nie szarpała, tylko wpijała mu palce w ciało. Drugą rękę trzymała na gardle i najwidoczniej nie mogła wykrztusić słowa. Jej oczy były rozszerzone, Gordon widział w nich przerażenie. Wiedział już, co je powodowało.
Obrócił się i spojrzał przez przednią szybę kapsuły.
I zaniemówił.
Charlie zanim do niego podeszła wyhamowała kapsułę i aktualnie unosili się w powietrzu tuż przed wielkim cmentarzyskiem maszyn pochodzących z Nowego Świata. Były tam nowoczesne samoloty zwiadowcze i kapsuły, pochodzące z nieudanych misji poza bezpieczny obszar. Za tym wielkim wysypiskiem złomu wznosiła się czarna, strzelista wieża. Lśniła dziwnym jasnym blaskiem, a zdawało się, jakby była wykonana z jednego bloku jakiegoś czarnego surowca. Gordonowi przyszedł na myśl obsydian. Jej szczyt nie był widoczny, niknął w oparach radioaktywnego pyłu. Gordon przez moment myślał, że jest to jedynie przywidzenie, bo jak coś takiego mogło tu istnieć? Kto to zbudował?
-Hej, co się dzieje? Czemu stoimy? – do kabiny wszedł Thomas. Spojrzał przez szybę i otworzył usta ze zdumienia, po czym szybko podbiegł do sterów. Charlie dalej wpatrywała się w Gordona, nie umiejąc wydobyć głosu. Brat odsunął ją od siebie i wyrwał ramię z uścisku, po czym posadził ją na krześle, a sam podszedł do sterów.
- Co zamierzasz?
- Zamierzam się przyjrzeć tym wrakom. Bo to nasze, prawda ministrze?
-Nasze… niestety. – stwierdził Gordon i zaczął wypatrywać numerów, które przeważnie były wymalowane na lewym boku każdej jednostki, jednak nie umiał niczego dojrzeć – przeważnie wraki były już stare i pordzewiałe. Jednak gdy zbliżali się powoli do środka tego cmentarza maszyn, rozpoznał statki zwiadowcze M55 i M54, które wyruszyły ok. 3 miesiące temu i nie powróciły, oraz kapsułę badawczą N49, pochodzącą sprzed około pół roku.
- O Boże, Gordon… tam są ciała. – wyszeptał Thomas. Minister nawet nie zauważył, że jego podwładny zwrócił się do niego na „ty”. Spojrzał w dół i zobaczył, że to, co Thomas nazwał ciałami, tak naprawdę jest resztkami kombinezonów. Jednak niewątpliwie były w nich kiedyś ciała, które teraz pod wpływem promieniowania się rozpadły.
Podeszła do nich Charlie, już opanowana i spokojna. Na jej twarzy nie było widać śladu poprzedniego szoku.
- Stań tu, a ja pójdę po Olę. Powinien to zobaczyć. Potem się naradzimy, co dalej.
Odeszedł w stronę wyjścia. Wrócił po niecałych pięciu minutach, z Olą, który od razu skierował się w stronę szyby. Patrzył bez słowa przez pięć następnych minut, po czym podszedł do stołu i usiadł. Pozostali zrobili to samo.
Siedzieli w milczeniu i patrzyli na siebie. Nikt nie chciał zacząć, bo znaleźli się w bardzo nietypowej sytuacji. W końcu Gordon zaczął.
- Więc… mamy problem. Ale teraz nie ma się już po co cofać. Najlepiej by było, gdybyśmy próbowali dotrzeć do tej wieży i sprawdzić co tam jest. Później możemy zawrócić i powiadomić wszystkich o tym, co odkryliśmy… myślę, że wybaczą nam tą niesubordynację, jeżeli wrócimy z informacjami.
Wszyscy mu przytaknęli.
- Jesteśmy już zbyt blisko celu, żeby się cofać – stwierdził Thomas. - Nie czekajmy dłużej i lećmy tam.
Wstali i usiedli przy sterach w takiej samej konfiguracji jak przy przechodzeniu przez barierę i ruszyli. Postanowili jak najszybciej przelecieć przez złomowisko, bo nie chcieli na nie patrzeć. Nie chcieli nawet myśleć o tym, że zaraz to oni mogą leżeć tam w dole.
Gdyby spojrzeć na kapsułę z pewnego oddalenia, można by zauważyć, że będąc coraz bliżej końca złomowiska, coraz szybciej się przemieszczają. Powoduje to siła przyciągania wieży – teraz nie mogliby zawrócić, nawet gdyby chcieli, lecz oni na razie nawet o tym nie wiedzą. Są już bardzo blisko, zaledwie trzysta metrów od błyszczącej ściany z obsydianu. Patrząc z boku widać, jak wieża wyciąga po nich swe czarne macki, jak dotyka nimi i powoli oplata boki kapsuły. Można zauważyć, że próbują zawrócić, pełną mocą wyrywają się z potężnych objęć czerni. Jednak jest to walka z góry przegrana – zostają powoli o metodycznie ciągnięci wgłąb wieży, w mrok, gdzie czeka na nich TO. Tam odnajdą swoje przeznaczenie.



Czerń. Całkowity mrok oplata ich palce tak, że nie mogą dojrzeć swoich dłoni, chociaż mają je tuż przed nosem. Wyczuwają obok siebie towarzyszy, jednak ich nie słyszą ani nie widzą. Za to czują straszny smród, smród rozkładających się ciał. Jakby leżały w ciepłym miejscu przez co najmniej miesiąc. Nagle coś rozbija szybę. Słyszą trzask i lecące na nich odłamki szkła. Słychać charkot i już wiedzą, że ktoś został trafiony. Spada z krzesła i już się nie podnosi. To był Thomas Hawk, z gwardii obrony ludzkości, siedzący obok Charlie. Pozostali nie potrafią mu pomóc – są przygwożdżeni do swoich foteli dziwną siłą, przez co także nie mogą wydobyć z siebie głosu ani obrócić głowy. Czują powiew wiatru na twarzy. Cuchnie.
Słyszą krzyk Oli Mindhausa, tego cichego chłopaka, pracownika ochrony stacji badawczych. Długi, makabryczny wrzask. Wiedzą, że to COŚ właśnie go zabija i boją się, że będą następni. Zostali już tylko oni, brat i siostra, jednak nie mogą sobie dodać otuchy, wziąć się za ręce. Nie mogą się pożegnać.
Charlie czuje na swojej twarzy dotyk czegoś lepkiego. Może dłoni? To coś dotyka jej policzka, potem ust. Czuje ciągle ten sam smród, intensywniejszy, ale nie może się odwrócić. Wtedy słyszy głos. Nie słyszy uszami – ten głos pojawił się w jej głowie. I powiedział coś, czego nigdy by się nie spodziewała, czego nigdy nie chciałaby usłyszeć, co postanowiła zapomnieć. Wiedziała, że nie będzie w stanie.
To samo spotkało Gordona – dotyk, głos i kilka słów.
I ciemność.


Połączyli się z centralą gdy przekroczyli bezpieczny obszar. Wysłano po nich jednostki, aby jak najszybciej mogli trafić do wojskowego szpitala. Nie pytano, gdzie są Thomas i Ola.
Znaleźli się na oddziale dla osób z chorobą popromienną, chociaż było z nimi o wiele lepiej, niż z innymi wracającymi w zakazanego terenu. Jednak ich zachowanie nie różniło się niczym. Byli zamknięci w sobie, a na pytania, co zobaczyli, nie odpowiadali. Gdy Gordonowi podsunięto kawałek papieru, aby narysował mapę, nie zaznaczył na niej żadnych pagórków, żadnego cmentarzyska, żadnej wieży. Chociaż miał ją przed oczami cały czas – piękną, majestatyczną, jakby wykutą z jednego bloku obsydianu. A w jego umyśle cały czas krążyło tych kilka słów.
To samo było z Charlie. Wykryto u niej liczne ogniska rakowe, z którymi jednak sobie poradzono. Wypadły jej włosy i wszystkie zęby, lecz nie zwracała na to uwagi. Jej świadomość była skierowana do wewnątrz, wciąż czuła smród ciał, macki na twarzy i głos… tych kilka słów.

Rodzeństwo leżało na jednej sali. Nikt ich nie pilnował, nie byli umierający.
Gdy rano do weszła pielęgniarka, zastała Gordona i Charlie leżących w jednym łóżku. Nóż wbity w gardło Gordona, a pętla na szyi Charlie.
A na stoliku obok kartka. Na niej wieża i ostrzeżenie.


„TO was tam nie chce!”
_________________
"Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach. A najstarszy i najsilniejszy rodzaj strachu to strach przed nieznanym." H.P. Lovecraft
www.premieryksiazkowe.blogspot.com
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Numer GG
nannar02




Dołączył: 13 Mar 2009
Posty: 1635
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Czw Cze 24, 2010 15:40    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Osobiście, to tego rodzeństwa bym nie uśmiercał. W końcu wszystkie mitologie zaczynają Nowy Początek właśnie od sakralnego układu Siostra-Brat. Nowa Ziemia, wymaga Nowego Adama, a kimże on może być skoro większość ludzkości wyginie w skutek totalnej zagłady spowodowanej użyciem broni masowego rażenia..? Któregoś dnia, ci którzy przetrwają wyjdą na powierzchnię ... Tak zacznie się Nowy Pierwszy Czas ... ktoś musi zapoczątkować Nową Legendę, która później będzie opowiadana i zapisywana przez skrybów przez tysiąclecia.... W rzeczy samej - ciekawy tekst, choć ja bym rozpoczął go tam, gdzie Ty go kończysz (a może w planie jest ciąg dalszy..?) . Pozdrawiam serdecznie.
_________________
Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Bergisel




Dołączył: 29 Cze 2009
Posty: 801

PostWysłany: Czw Cze 24, 2010 20:41    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Przeczytałam i muszę przyznać, że naprawdę jestem pod dużym wrażeniem. Kawał dobrej "fantasy zagłady".Opowiadanie przywodzi mi trochę na myśl serię Stephena Kinga Mroczna wieża. Nie zmieniłabym nic, oni po prostu musieli umrzeć.
Gdy czasem czytam takie rzeczy zastanawiam się czy któraś z tych fantazji kiedyś rzeczywiście stanie się prawdą. Czy będziemy kiedyś na Ziemi tylko zaszczutymi zwierzętami, a nie panami wszechświata jak nam się teraz wydaje.
Czekam na kolejne opowiadania Smile
_________________
"Już nie zgaśnie ogień w nas,
tak się kocha tylko raz. "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nannar02




Dołączył: 13 Mar 2009
Posty: 1635
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 8:54    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Fantasy, niekoniecznie musi poprzestać na ... fantasy... Sądzę, że i naszemu gatunkowi, jak wszystkim innym jest pisana zagłada. Zresztą - chyba jest to najbardziej prawdopodobny ze scenariuszy. Które inne stworzenie na Ziemi, postępuje tak jak człowiek - niszcząc siebie i środowisko, które daje mu życie...? No chyba, że któregoś dnia damy nogę na Nową Ziemią, by i tę po jakimś czasie zatruć, zniszczyć, unicestwić. I tak wkoło ...
_________________
Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Bergisel




Dołączył: 29 Cze 2009
Posty: 801

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 9:39    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Jak tak dalej pójdzie to może przyczynimy się do II Wielkiego Wybuchu
_________________
"Już nie zgaśnie ogień w nas,
tak się kocha tylko raz. "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nannar02




Dołączył: 13 Mar 2009
Posty: 1635
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 9:45    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Bergisel, pytanie: skąd wiesz ile było Wielkich Wybuchów..?Smile)) Zakładając podejście biblijne: jeden, zakładając hinduską koncepcję kołowrotu czasu: mogło być ich już być 10, albo 100... Pozdrawiam jak zwykle ...!
_________________
Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Bergisel




Dołączył: 29 Cze 2009
Posty: 801

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 10:30    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

W sumie racja, pomijając koncepcje religijno - filozoficzne, to chyba naukowcy w tym względzie też nie posunęli się dalej jak do Wielkiego Wybuchu, może przed nim były inne, więc powinno być:

Jak tak dalej pójdzie to może przyczynimy się do kolejnego Wielkiego Wybuchu Very Happy
_________________
"Już nie zgaśnie ogień w nas,
tak się kocha tylko raz. "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nannar02




Dołączył: 13 Mar 2009
Posty: 1635
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 10:43    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Tak - kolejnego. To chyba bardziej bliskie prawdy określenie. A co do koncepcji religijno-filozoficznych ... Wiesz, czasami mam wrażenie, że nauka jest daleko w tyle za ... mitologiąSmile))
_________________
Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Bergisel




Dołączył: 29 Cze 2009
Posty: 801

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 11:17    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

A ja myślę, że to są 2 różne płaszczyzny, którym wzajemne łączenie, porównywanie wychodzi na złe.
_________________
"Już nie zgaśnie ogień w nas,
tak się kocha tylko raz. "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nannar02




Dołączył: 13 Mar 2009
Posty: 1635
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 11:39    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

porównywanie, to jeszcze nie błąd. Nieszczęście zaczyna się wtedy gdy obie strefy zaczynamy sobie przeciwstawiać, tymczasem są one (moim zdaniem) jak puzzle - wzajemnie się uzupełniają.
_________________
Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Bergisel




Dołączył: 29 Cze 2009
Posty: 801

PostWysłany: Pią Cze 25, 2010 20:23    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Puzzle muszą być w komplecie, żeby powstał obraz,a moim zdaniem można sobie poradzić opierając się tylko na jednym elemencie (bardziej na nauce oczywiście Razz)
_________________
"Już nie zgaśnie ogień w nas,
tak się kocha tylko raz. "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nannar02




Dołączył: 13 Mar 2009
Posty: 1635
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Sob Cze 26, 2010 7:11    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ad Bergisel: co do wyższości (pierwszeństwa) nauki to rzecz wydaje się "oczywistą oczywistością", ale ... "Mit" w swym pierwotnym znaczeniu miał to samo znaczenie co pojęcie "legenda" w Średniowieczu. Oba było po prostu opowiadaniem w sensie relacji o autentycznych wydarzeniach. Zresztą w odniesieniu do mitu można posłużyć się pewnym argumentem: funkcjonował całe tysiąclecia, a fascynować potrafi nawet tysiące lat po upadku cywilizacji, która go wytworzyła. Poza tym "mity" (nie mam tu na myśli greckich przekształceń zaczerpniętych de facto z Bliskiego Wsch. czy Egiptu), dość trudno umieścić w ramach 'historii wymyślonych', gdyż wtedy należało by postawić sobie pytanie: jaki był cel takich działań, i skąd autorzy czerpali tak naprawdę wiedzę aby ułożyć. Z wyobraźni..? Czy można sobie "wymyślić" coś o czym nie ma się pojęcia o czym nigdy się nie słyszało...? Nie sposób pisać o czymś jeśli nie ma się pierwowzoru/matrycy, która stanowi 'zaczyn' dla własnej wyobraźni/pomysłu (literackiego). W moim przekonaniu jedno wynika z drugiego. Młodsze ze starszego. Wiedza z wiedzy. Nic nie bierze się z pustki, bo wtedy należało by zapytać: skąd to czy tamto w ogóle się wzięło, skoro wcześniej była tylko "pustka"...? Proszę wybaczyć że się tak rozpisałem. Kończę i pozdrawiam.
_________________
Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Bergisel




Dołączył: 29 Cze 2009
Posty: 801

PostWysłany: Sob Cze 26, 2010 12:57    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

nannar02 napisał:
gdyż wtedy należało by postawić sobie pytanie: jaki był cel takich działań, i skąd autorzy czerpali tak naprawdę wiedzę aby ułożyć. Z wyobraźni..? Czy można sobie "wymyślić" coś o czym nie ma się pojęcia o czym nigdy się nie słyszało...? Nie sposób pisać o czymś jeśli nie ma się pierwowzoru/matrycy, która stanowi 'zaczyn' dla własnej wyobraźni/pomysłu (literackiego). W moim przekonaniu jedno wynika z drugiego. Młodsze ze starszego. Wiedza z wiedzy. Nic nie bierze się z pustki, bo wtedy należało by zapytać: skąd to czy tamto w ogóle się wzięło, skoro wcześniej była tylko "pustka"...? Proszę wybaczyć że się tak rozpisałem. Kończę i pozdrawiam.


A skąd mieli je brać? Nie wiem czy próbujesz mnie teraz przekonać o lichości ludzkiej wyobraźni czy o tym, że istnieje jakikolwiek bóg?
Wyobraźnia ludzka jest jedyną siłą, która tworzy coś z niczego.
_________________
"Już nie zgaśnie ogień w nas,
tak się kocha tylko raz. "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nannar02




Dołączył: 13 Mar 2009
Posty: 1635
Skąd: Trójmiasto

PostWysłany: Sob Cze 26, 2010 14:51    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

AD BERGISEL: >>> A skąd mieli je brać? Nie wiem czy próbujesz mnie teraz przekonać o lichości ludzkiej wyobraźni czy o tym, że istnieje jakikolwiek bóg?
Wyobraźnia ludzka jest jedyną siłą, która tworzy coś z niczego. <<<

Wyobraźnia ludzka lichą wcale nie jest. O nie ! Nic nie pisałem o Bogu/bogach. Mitologia sprawia raczej wrażenie, że stanowi zbiór opowieści o ludziach którzy w taki czy inny sposób istnieli naprawdę, zaś ich czyny następne pokolenia uznały za tak niezwykłym że dokonano ich deifikacji przez ... aklamację. Kwestię judaizmu/chrześcijaństwa/islamu tu pomijam bo to całkiem inny temat. Stworzyć "coś z niczego" może ... tylko Bóg/bógSmile)). Człowiek ilekroć tworzy zawsze przetwarza w oparciu o to co już istnieje i jest mu znane. To jednak nie ma nic wspólnego z poziomem wyobraźni. Kolumb miał wyobraźnię dlatego popłynął przez Atlantyk. Ale twierdzić, iż nie wiedział dokąd płynie, byłoby już błędem. Dysponował mapami, które nabył od portugalskich i arabskich kupców/żeglarzy. Najwyraźniej wiedza o Nowym Świecie była dużo starsza niż wyobrażano to sobie w Europie ... Tak ja to widzę. Kwestia racji, pozostaje rzecz jasna otwarta, misjonarzem nie jestem...Smile)) Pozdrawiam po raz kolejny...Smile)))
_________________
Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Bergisel




Dołączył: 29 Cze 2009
Posty: 801

PostWysłany: Sob Cze 26, 2010 21:24    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ja jednak będę upierać się przy tym, że stworzenie czegoś z niczego nie jest domeną bogów.
Co do mitów i jego pojawienia się w kulturze to zgadzam się z Tobą zupełnie. Smile
_________________
"Już nie zgaśnie ogień w nas,
tak się kocha tylko raz. "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum Księgarni Gandalf Strona Główna -> Wasza twórczość Wszystkie czasy w strefie GMT
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Wesoła szkoła - zestawy podręczników, zapraszamy. Polecamy: Pod kopułą
Zobacz mapę forum